Recenzja książki CZERWONY HOTEL

Na trzecią powieść o podstarzałej
hippisce ze zdolnościami do przepowiadania przyszłości z kart DeVane przyszło
nam poczekać cztery lata. Sissy Sawyer zmierzyła się już z dwoma brutalnymi
snajperami w „Złej przepowiedni”, a potem pokonała krwawego mordercę w „Czerwonej
masce”, po czym wyjechała na zasłużony odpoczynek. U Mastertona spokój nie trwa
jednak długo, tak więc Sissy powraca, a wraz z nią kolejny mściwy duch.

Sielankę bohaterki przerywa
pojawienie się jej przyrodniego siostrzeńca i jego dziewczyny. T-Yon, bo tak
jej na imię, miewa przerażające koszmary w których występuje także jej brat,
Everett. Dziewczynie śnią się kazirodcze stosunki płciowe i zakrwawione
wnętrzności. Bezsilna T-Yon, wiedząc, że Sissy jest wrażliwa na znaki, których
nie dostrzegają inni, postanawia prosić starszą panią o pomoc. W ruch
tradycyjnie idą niezastąpione karty DeVane, ale nawet one wydają się być nieco
kapryśne. Szybko staje się jasne, że coś złego ma wpływ na T-Yon i jej
koszmary. Coś, co ma swoje źródło w Czerwonym Hotelu w Baton Rouge, który
właśnie odrestaurował Everett. Okazuje się, że wprawdzie można odnowić budynek,
ale nie sposób wyplenić z niego tajemniczej i koszmarnej przeszłości. Duch
mściwej kobiety zbiera swoje krwawe żniwo, a w hotelu zaczynają dziać się
dziwne rzeczy. Co gorsza, przepełniona nienawiścią Vanessa Slider nie jest sama
– jej syn jest jak najbardziej realny i równie żądny krwi co mama. Jaką
tajemnicę skrywają i za co się mszczą? To czytelnik będzie już musiał odkryć
sam.

Przyznam, że nieco bałem się o „Czerwony
hotel”, gdyż ostatnie powieści Grahama Mastertona straciły nieco ze swojego
uroku. Z wiekiem i nowymi, niekoniecznie miłymi doświadczeniami życiowymi autor
jakby spoważniał i nie przejawia już takiej skłonności do opisywania szalonych,
krwawych perypetii bohaterów. Na szczęście trzecia część trylogii o Sissy
Sawyer potrafi zaspokoić czytelnika żądnego wrażeń, a to za sprawą zgrabnej i
przemyślanej, chociaż mało zaskakującej fabuły, a także nastrojowego klimatu,
który przecież zawsze powinien być integralną częścią pisanego horroru. Luizjana
to najwyraźniej dobre miejsce na osadzenie powieści grozy, a korytarze pełnego
sekretów hotelu idealnie nadają się na gościnne występy mściwych duchów.  

Zdecydowanym plusem „Czerwonego
hotelu” jest także rozwój bohaterki. Pamiętam, że jeszcze parę lat temu
narzekałem, że Sissy wprawdzie da się lubić, ale brak jej „pazura” i tego
czegoś, co przykułoby uwagę czytelnika. Tym razem Masterton lepiej dopracował
swoją bohaterkę, opracowując dla niej błyskotliwe uwagi i komentarze, a także
upokarzające sytuacje, w których możemy lepiej ją poznać i utożsamić się z nią.
Sissy powoli dołącza do grona sztandarowych bohaterów w twórczości Brytyjczyka,
a Harry Erskine i Jim Rook już robią dla niej miejsce w szeregu.

Książka jest stosunkowo
rozbudowana, ale nie jest przesadnie długa, nie obraziłbym się za kilka
dodatkowych rozdziałów, by zaspokoić swój niedosyt. Z drugiej jednak strony
autor tym razem jakby się nigdzie nie śpieszył, wydarzenia są logiczne,
wynikają jedne z drugich, tak więc powieść czyta się po prostu dobrze. Nie jest
to może ten sam drapieżny Masterton, którego pokochaliśmy za „Rytuał” czy „Wyklętego”,
ale nadal mamy tu do czynienia z doskonałym warsztatem pisarskim, kilkoma
krwawymi scenami i sprawnie zrealizowanym pomysłem. Tylko tej makabry jakoś
mało. Ale trudno, przecież „Muzyka z zaświatów” też nie zachlapała czytelnika
posoką, a była klimatyczną opowieścią o duchach. „Czerwony hotel” jest pod tym względem
nawet bardziej wypośrodkowany – dlatego jest bardzo dobrą lekturą, którą mogę z
czystym sumieniem polecić. Masterton jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

Autor recenzji: Piotr Pocztarek
Wydawnictwo: Rebis

Rok wydania: 2012

Liczba stron: 268

Format: 13,5 x 21,5

Ocena recenzenta: 8/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.