Recenzja książki DZIECKO CIEMNOŚCI

Rok 1995 był dla polskich fanów twórczości Grahama Mastertona szczególny. Wtedy to właśnie autor po jednej z wizyt w naszym nadwiślańskim kraju podjął decyzję, by akcję swojej najnowszej powieści osadzić na terenie Warszawy. Był to precedens w twórczości Brytyjczyka i chociaż autorowi zdarzyło się później umieścić w Polsce jedno ze swoich opowiadań, a także przenieść niewielką część akcji „Bazyliszka” do Krakowa, to właśnie „Dziecko ciemności” jest pierwszym pełnowymiarowym dziełem, z fabułą w całości zlokalizowaną w naszym rodzimym państwie.

Zaczyna się obiecująco – w centrum Warszawy dochodzi do serii brutalnych morderstw. Ofiary pozbawione głów odnajdywane są w całym mieście, między innymi na placu budowy nowoczesnego Hotelu Senackiego. Nadzorująca inwestycję Sarah Leonard, chcąc uniknąć opóźnień spowodowanych strachem robotników przed „Oprawcą”, wzywa na pomoc emerytowanego policjanta Claytona Marsha. Doświadczony gliniarz we współpracy z polskim policjantem Stefanem Rejem prowadzą nieoficjalne śledztwo. Szybko okazuje się, że dobór ofiar nie był przypadkowy, a morderca prawdopodobnie nie jest do końca człowiekiem. Konfrontacja z potworem jest nieunikniona i prowadzi do serii dramatycznych wydarzeń. 

Entuzjazm spowodowany tym, że nasz ulubieniec osadził akcję w Polsce mija bardzo szybko, kiedy czytamy opisy naszego kraju znajdujące się w książce. Smutny jest fakt, że w oczach autora Polska to kraj brudny, ubogi i  pełen prymitywnych ludzi. Polak to człowiek obowiązkowo noszący reklamówkę w dłoni, a polskie kobiety mają wąsy i włosy na nogach. Ulice pełne są starych polonezów, z czego każdy z nich jest w jakiś sposób uszkodzony. Niezdezelowanymi pojazdami poruszają się tylko gangsterzy. Do tego bohaterowie noszą nazwiska, które mogliśmy już gdzieś słyszeć (Rej, Matejko, Konopnicka).

Trudno jednak mieć pretensje do autora, gdyż o co jak o co – ale o brak miłości i szacunku do naszego kraju oskarżyć go by było ciężko. Graham ma polską żonę; uważa, że kobiety z tego kraju są piękne, jego książki często mają u nas swoją prapremierę, przyjaźni się z wydawcami, a do tego chętnie odwiedza Polskę i lubi tutejszą kuchnię. Czas jego pierwszych wizyt był niefortunny – tuż po przemianach ustrojowych. Masterton starał się opisywać to co widział, a kiedy zmieszał z tymi opisami wyciągnięte historyczne zależności, wyszedł mu twór niejasny, który mocno się zdezaktualizował. O ile piętnaście lat temu rzeczywiście część wizji Mastertona mogło się trochę pokrywać z rzeczywistością, o tyle czytanie tej powieści w roku 2009 może wywołać szok. Fakty są jednak faktami – to u nas pierwsi wydawcy proponowali mu w zamian za maszynopis… kosze z polską kiełbasą.

Można by wybaczyć pisarzowi, że kreuje polską rzeczywistość w brutalny i bolesny sposób, gdyby historia, która na bazie tego powstała była ciekawa. Niestety, przedstawiona opowieść jest raczej przeciętna, infantylna i bardzo naiwna. Prawie wszyscy bohaterowie są prości, a ich motywy postępowania niewiarygodne. Do tego wszyscy lubują się w długim chodzeniu po warszawskich kanałach. Kilka zdań, nadających dramatyzmu postaci głównego „złego” potwora nie jest w stanie podnieść poziomu książki.

Podsumowując – powieść sprawdza się jako ciekawostka. Dzięki niej możemy sprawdzić, jak nasz ukochany autor widział Polskę ponad 15 lat temu i jak radzi sobie z poprowadzeniem akcji w naszym kraju. Podobno sporą trudność sprawiała Mastertonowi topografia, więc jego wydawca musiał nanosić wiele uwag i poprawek. Sama historia niestety nie broni się sama. Gdybym nie wiedział, że to powieść Brytyjczyka, po przeczytaniu tekstu miałbym trudności, by do tego dojść. Zarówno klimat, jak i rozwój akcji nie mają w sobie tego „czegoś”, szczypty magii i geniuszu, do których przyzwyczaił nas w swoich powieściach Graham.


Autor recenzji: Piotr Pocztarek
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2005
Liczba stron: 400
Format: 12 x 21
Ocena recenzenta: 5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.