Krzysztof T. Dąbrowski o Mastertonie

W ramach nowego cyklu wpisów poprosiliśmy osoby związane ze światem polskiej grozy, by podzieliły się wspomnieniami dotyczącymi początku przygody z literaturą Mastertona czy ulubionymi powieściami i scenami czy bohaterami, którzy narodzili się w wyobraźni brytyjskiego mistrza horroru. Zadaliśmy kilka pomocniczych pytań, dzięki którym mogły powstać miniwywiady lub felietony, które będą regularnie publikowane na niniejszej stronie.

Jako ósmy na pytania odpowiedział Krzysztof T. Dąbrowski – pisarz i scenarzysta, autor ok. 600 tekstów, z czego prawie 300 opublikowano również za granicą. Z gatunkiem grozy związany od wielu lat. Autor m.in. książek ANIMA VILIS, GROBBING, NAŚMIERCINY, ANOMALIA czy UCIECZKA.

Jako że Krzysztof jest niezrównanym gawędziarzem, tym razem czeka Was naprawdę długa lektura, do której serdecznie zachęcam:

Pamiętasz kiedy sięgnąłeś po pierwszą książkę Mastertona i która to była powieść?

Byłem w piątej klasie szkoły podstawowej, kiedy szwendając się po Piotrkowskiej, głównej ulicy Łodzi, zobaczyłem w witrynie jednej z księgarń książkę o przerażającej okładce. Były na niej płonące głowy dzieci, które bynajmniej nie wyglądały, jakby cierpiały z tego powodu. Wręcz przeciwnie, demonicznie się uśmiechały. Do tego tytuł składający się z dwóch słów, które bardzo do mnie wtedy przemówiły. ‚Zemsta’, to dla uczniaka w tym wieku brzmiało jak obietnica dobrej rozrywki. A ‚Manitou’ sugerowało oczywiście Indian, których jakoś tak zawsze lubiłem. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czemu czułem tak wielką sympatię dla ludzi, którzy kiedyś latali z łukami i strzelali do bizonów gdzieś hen daleko za wielką wodą. Jeśli istnieje coś takiego jak reinkarnacja, to pewnie w jednym z wcześniejszych żyć sam byłem jednym z nich. I tylko czemu po śmierci, zamiast trafić do Krainy Wiecznych  Łowów, odrodziłem się w Polsce jako blada twarz? Tego nie wiem. Widocznie wystąpił mały błąd systemu. A tak na poważnie, to byłem tamtego dnia na wagarach i miałem przed sobą jeszcze kilka godzin do wykorzystania. A że był to początek lat dziewięćdziesiątych, kiedy po latach siermiężnej komuny i pustych półek nagle powiało kolorowym Zachodem, fakt, że pojawiła się taka książka, był dla mnie prawdziwym wstrząsem. Na dodatek nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak horror. Po przeczytaniu krótkiego opisu byłem już pewien, że muszę ją mieć i czym prędzej przeczytać. Tego dnia długo jeszcze buszowałem po tej księgarni i wydałem całą tygodniówkę na książki. Oczywiście same horrory. Kupiłem jeszcze NAWIEDZONEGO Jamesa Herberta i coś z serii KRABY Guya N. Smitha.

Czy Graham Masterton wywarł wpływ na Twoją twórczość, a jeśli tak, to jaki?

Jeśli bym powiedział, że tak, to bym skłamał. Jeśli bym powiedział, że nie, to też bym skłamał. Faktem jest, że swego czasu bardzo zaczytywałem się w Mastertonie, ale nigdy nie wykryłem w swojej twórczości czegoś, co mogłoby o tym świadczyć. A jeśli gdzieś pojawiają się jego wpływy, to ich ewentualne wykrycie pozostawiam czytelnikom. Z drugiej zaś strony wszystko, co czytamy, oglądamy, każda chwila, którą przeżywamy, wszystko to razem zapisuje się w naszej podświadomości – także te dziesiątki przeczytanych książek Mastertona – koduje się w niej. Potem niby o tym wszystkim zapominamy. Szczegóły rozmywają się w mrokach zapomnienia. Ale to wszystko tam jest, w naszych głowach i w jakiś sposób przetransformowane wypływa potem w twórczości. Nasze mózgi są swego rodzaju biologicznymi komputerami, które mielą potem to wszystko latami i czasami łączą zapomniane informacje z różnych lat, splatając je w coś nowego, świeżego. To tak jak z atomami. Jest ich ograniczona liczba, ale powstać z nich może nieskończona ilość różnorodnych form życia.

Czy nadal czytasz książki Mastertona? Czy zdarza Ci się wracać do starszych powieści Brytyjczyka, a jeśli tak, to do których?

Przyznam się bez bicia, że ostatni raz czytałem Mastertona ze trzy lata temu. A wcześniej też miałem dłuższą przerwę. I nie jest to spowodowane jakiś spadkiem formy jednego z ulubionych pisarzy, bo naprawdę rzadko zdarza mu się zejść poniżej pewnego poziomu. Nastąpiło raczej zmęczenie materiału. W pewnym momencie może nastąpić przesyt tych wszystkich demonów i rytuałów. Każdy potrzebuje czasami czegoś świeżego, a na kartach książek jest tyle światów do odkrycia, że nie warto ograniczać się do kilku wybranych autorów. Druga kwestia to bijący każdego dnia licznik, sprawiający, że przybywa nam lat. To wszystko sprawia, że jesteśmy bogatsi o nowe doświadczenia, poszerzają nam się horyzonty, zaczynają interesować inne rzeczy, tematy. To chyba naturalne. Ja na przykład ostatnio mam fazę na książki biograficzne i z zapartym tchem śledzę losy realnych ludzi, którzy naprawdę zmierzyli się z koszmarnymi przeszkodami, ale pokonali je, nie dali się złamać i odnieśli sukces. Zaś co do powrotów, to po wielu latach przeczytałem ponownie ZEMSTĘ MANITOU i nie wydała mi się tak przerażająca jak wtedy, gdy czytałem ją za pierwszym razem. To samo miałem z moim pierwszym Kingiem (MIASTECZKO SALEM). Zapewne to upływ lat tak wpływa na percepcję, że człowiek skupia się na innych aspektach i co innego robi na nim wrażenie. W każdym razie tak to sobie tłumaczę. A może to świat stał się tak straszny, że dawne strachy przy nim bledną?

Co według Twojej wiedzy i doświadczenia jest tajemnicą sukcesu Mastertona, zarówno na świecie, jak i w Polsce?

Konsekwencja i rytm pracy. Masterton nie przesadza z eksperymentami, tylko trzyma się swojej sprawdzonej formuły na straszenie. Na pewno obserwuje reakcje czytelników na swoje książki i stara się przemycać sprawdzone patenty w kolejnych tytułach. A z drugiej strony często używa ich w sposób trudny do zauważenia, gdyż wybrał sobie w horrorze bardzo bogatą niszę, jaką są demony i potwory pochodzące z różnych mitologii i wierzeń. Jest w czym przebierać. A ta różnorodność i egzotyka są na tyle intrygujące, że doskonale maskują pewne powtarzające się chwyty czy zabiegi. A jeśli dodać do tego ogromną pracowitość Grahama i to, że dzień w dzień z żelazną dyscypliną pisze określoną liczbę stron, to nawet jeśli od czasu do czasu zdarzy mu się spadek formy, zawsze ma tyle propozycji dla czytelników, że każdy szukający egzotycznej grozy znajdzie tu coś dla siebie. Poza tym regularnie przybywają kolejne tytuły, więc pisarz nie daje czytelnikom zapomnieć o sobie. Ci zaś, którzy się teraz zachłysną jego twórczością, mają z kolei spore zaległości do nadrobienia i z pewnością kupią wiele jego starszych tytułów. I tak to się kręci.

Nie śledzę tego, jak Mastertonowi powodzi się w innych krajach, ale wiem, że w Polsce jest postacią kultową i wiem, że jego książki trafiły do nas w takim okresie, że był wręcz skazany na sukces. Był jednym z pierwszych zachodnich autorów, jacy pojawili się na naszym rynku po siermiężnych latach komuny. Ludzie byli spragnieni Zachodu w każdej formie. To wszystko było takie nowe i zachwycające, że wtedy sprzedawało się praktycznie wszystko, co stamtąd przybyło.

Myślę, że Masterton i tak odniósłby sukces, gdyby nawet pojawił się wiele lat później, bo oprócz tej specyficznej niszy, potrafi kreować zakręconych bohaterów, ma poczucie humoru i jak chyba nikt inny potrafi pisać naprawdę pikantne sceny seksu. No i nie można zapomnieć o straszeniu – potrafi straszyć na różne sposoby i zawsze na najwyższym poziomie.

Czy masz swoich ulubionych bohaterów, albo sceny, które najbardziej zapadły Ci w pamięć w książkach Mastertona?

Z bohaterów na pewno Harry Erskine i jego specyficzne poczucie humoru. A z demonów Misquamacus, ale to chyba bardziej z sentymentu, bo to trochę tak, jak z ulubionymi albumami ulubionych kapel – najczęściej najbardziej lubimy pierwszy album, z jakim mamy styczność w przypadku danego zespołu. I nie musi to być wcale ten uznany przez wszystkich za najlepszy. Po prostu jest tak, że ten powiew świeżości i odkrycie czegoś nowego, co nas zachwyca, sprawia, że te chwile są dla nas wyjątkowe. I trochę jak psy Pawłowa, mamy potem tak, że ledwie usłyszymy kilka pierwszych dźwięków, a już wracają wspomnienia tak zwanych ‚starych dobrych czasów’. Ja mam tak na przykład z „Fear of the dark” Iron Maiden. Zachłysnąłem się czymś zupełnie dla mnie nowym. Zachwyciłem się i w 1992 roku pokochałem ten album od pierwszego do ostatniego dźwięku. Zajechałem kasetę na magnetofonie na amen do tego stopnia, że na pewien czas ta płyta wręcz mi się przejadła. Ale stara miłość nie daje o sobie zapomnieć, dość szybko zachwyt wrócił do mnie ze zdwojoną siłą i choć wielu ludzi uznaje, że nie był to jakiś wybitny album Ironów, to ja mam to w nosie – dla mnie do dziś to numer jeden i nigdy mi się nie znudzi. A dlaczego? Sentyment to ten pierwotny zachwyt zakodowany w głowie. To ten pierwszy raz, który zapisuje się w naszej pamięci najsilniej. To punkt, do którego potem będziemy odnosili wszystkie kolejne zdarzenia i zachwyty, ale już nigdy nie będą miały takiej świeżości i intensywności, jak ta pierwsza płyta, książka czy film. Tak jesteśmy skonstruowani. Tak nas zaprogramowała natura i nic na to nie poradzimy. I myślę, że z postaciami z książek jest chyba podobnie, jak z tym albumem Ironów.

Co do wyjątkowych scen, to jest ich trochę u Mastertona. Biorąc pod uwagę, ile napisał książek, można by pewnie długo wymieniać. Nie będę jednak zbyt oryginalny i wybieram scenę rozpoczynającą książkę CZARNY ANIOŁ. Nie będę tu wnikał w szczegóły, by nie psuć zabawy tym, którzy jeszcze jej nie czytali, ale do dziś uważam ją za jedną z najbardziej wstrząsających emocjonalnie scen u Mastertona. Do tego dochodzi specyficzna konstrukcja tej sceny i wykorzystanie pewnych chwytów, dzięki którym, jak już się zacznie ją czytać, to nie sposób przerwać choćby się waliło i paliło. Kto czytał, ten wie o czym mówię. Absolutne mistrzostwo.

Czy masz jakieś wspomnienie związane z Mastertonem – spotkanie, wywiad, konwent?

Jestem dosyć dziwnym człowiekiem. Widząc swoich idoli nie mdleję, ani nie dostaję radosnych spazmów. Zawsze mam świadomość, że owszem, to wyjątkowi ludzie – ale tylko ludzie. Tacy sami jak ja czy ty. Ich wyjątkowość polega na tym, że wykorzystali swoją szansę od losu w najlepszy możliwy sposób. A często było to okupione ciężką pracą i latami wyrzeczeń. Przecież pies z kulawą nogą nie zwróciłby uwagi na Mastertona, Cobaina czy Lewandowskiego, gdyby ci byli tylko przeciętnymi Kowalskimi, mającymi szare życie i codziennie wstającymi o szóstej rano do nudnej pracy. Ich wyjątkowość nie polega na tym, że są tymi, którymi byli zanim osiągnęli sukces. Ich wyjątkowość polega na odwadze w szukaniu swojej ścieżki, potem na konsekwentnym realizowaniu marzeń i sile ducha, dzięki któremu byli w stanie pokonać wiele przeszkód stojących im na drodze zanim osiągnęli sukces. Dla mnie to normalni ludzie o niezwykłych charakterach i właśnie to w nich podziwiam. Dlatego też, gdy w 2013 roku byłem na Krakonie na wykładzie Grahama i potem pozowałem z nim do zdjęcia dzierżąc w łapie antologię będącą hołdem dla jego twórczości, w której oprócz mojego opowiadania było też opowiadanie Mastertona, nie miałem wrażenia, że oto stanęła Ziemia i zawirowały gwiazdy. Był to dla mnie fajny moment, wyjątkowy, i cieszyłem się, że będę miał zdjęcie z jednym z ulubionych pisarzy, ale gdyby miał wtedy gorszy dzień i nie chciał pozować do zdjęć, to jak najbardziej bym to zrozumiał i byłoby to dla mnie czymś naturalnym. Tym bardziej, że już wtedy miał swoje lata, a wiadomo, że im ich więcej, tym bardziej pewne dolegliwości potrafią się dawać we znaki. Człowiek to tylko człowiek i trzeba to uszanować.

Z samego wykładu zbyt wiele już nie pamiętam – wiele lat minęło od tamtego czasu, więc szczegóły zatarły się trochę w pamięci.

Dziękuję serdecznie za zaproszenie i pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników Grahama Mastertona.

Graham Masterton i Krzysztof T. Dąbrowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.